Treść sekretu:
Przeszło rok temu przyśniła mi się pewna dziewczyna. Było lato, więc kiedy obudziłem się i zobaczyłem jak przez okno wdziera się spóźnione, południowe słońce, opadłem głową na poduszkę szepcąc przekleństwa i obietnicę, że tego dnia już nie wstanę. Ale wstałem. I nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdybym dokładnie trzy dni po tym nie poznał dziewczyny. Nie powiem, że była to ta ze snu, chociaż była bardzo podobna. Chociaż nie wierzę w bóstwa, to przysiągłbym, że co najmniej jeden stwórca mógłby istnieć tylko po to, żeby ją stworzyć. Zaczynając od nieco trójkątnej twarzy i wyraźnie zarysowanych kości policzkowych, zielono-brązowych oczu przypominających leśny mech, patrzących zwykle sarkastycznie spod uniesionej, poszarpanej brwi. Tak, to musiał stworzyć ktoś inny niż przypadek, chyba że przez jeden dzień natura była na niezłym haju. Wygląd, wyglądem, ale ta dziewczyna miała w sobie coś o wiele ciekawszego: swoją przeszłość i spojrzenie na świat, które w tamtym momencie bardzo mnie fascynowało. Zbliżyliśmy się do siebie niezwykle szybko i wszystko było piękne jak nigdy. Powietrze pachniało inaczej niż zwykle, rzeczywistość miała kilka nowych kolorów (na przykład kolor jej włosów - farbowanych tyle razy, że sam już nie pamiętam, który był prawdziwy). Ale nie przewidziałem, że życie z kimś chorym psychicznie to coś więcej niż wyzwanie. I chociaż nie wierzę też w piekło, to doskonale rozumiem, co mieli na myśli ludzie, którzy je wymyślili.
To wszystko rozegrało się rok temu. Od tej pory już się nie widzieliśmy i chociaż były to ciężkie miesiące, które zmieniły mnie do tego stopnia, że część rodziny poważnie się o mnie martwiła, nie żałuję. Po tym czasie przeszło mi niemal zupełnie. Znów jest jak dawniej, nie ma o kim myśleć, nie ma z kim rozmawiać i z kim... żyć. Ten rok, kiedy tęskniłem za kimś, kogo tak naprawdę nie do końca znałem i o kim miałem mylne wyobrażenie, był najlepszym czasem w moim życiu. Wprawdzie kilka razy prawie się zabiłem, umyślnie czy nie, ale przynajmniej miałem do czego wracać. Myślami. Teraz wiem, że jeśli spotyka cię coś co na chwile pozwala ci lecieć parę metrów nad ziemią, to robi to tylko po to, żeby za parę sekund uderzyć twoją twarzą w twardy grunt. Ale nos się zrasta, usta goją, zadrapania znikają. Kilka sekund lotu to jednak nadal coś...