Treść sekretu:
Witam. Na imię mam Adam. Mam 23 lata. Mieszkam w pewnej miejscowości w Polsce. Opowiem Wam moją historię z dzieciństwa, która dotknęła mnie i ciągle dotyka w moim krótkim życiu.
Byłem pierwszym dzieckiem moich rodziców. Rodzice starali się mnie wychować na dobrego, młodego chłopca. W 1993 roku jako 7-latek poszedłem do szkoły, do 1 klasy szkoły podstawowej. Od początku nie miałem kłopotów z nauką. W klasach 1-3 byłem wzorowym uczniem. Nauka sprawiała mi przyjemność. W domu też było dobrze. Mama opiekowała się młodszą siostrą, ojciec pracował na nasze utrzymanie. Byłem szczęśliwy, rodzice byli zadowoleni nauką i postępowaniem swojego synka. Dojrzewałem i popełniałem głupie błędy - zacząłem niestety pyskować. Średnią miałem dobrą - 4,6. W klasie piątej też byłem dobrym uczniem, ze średnią 4,3. Niestety zacząłem pyskować, czym denerwowałem moją Mamę. Dopiero po tak długim czasie mogę to stwierdzić i przyznać się do błędu.
Prawdziwy początek historii zaczyna się w 2 połowie roku 1998. Okazało się, że moja Mama ma raka i musi iść do szpitala. Ja młody 12-letni chłopiec musiałem się zmierzyć z rzeczami, których nie rozumiem. Był październik albo listopad. Mama poszła do szpitala. Pamiętam pierwszą wizytę - jak zobaczyłem ją leżącą na szpitalnym łóżku mocno się rozpłakałem i postanowiłem, że więcej nie przyjdę. Mama wyszła. Ale w grudniu przed Świętami Bożego Narodzenia - świętami tak przecież rodzinnymi - miała 2 operacje. Święta spędziła w szpitalu, ale my - ja, ojciec i siostra dzięki rodzinie spędziliśmy je w "miłej" atmosferze. Sam przychodziłem codziennie do szpitala tuląc się do matczynej ręki. Dobrze się uczyłem. Średnią na 1 półrocze miałem: 4,7 czym mogłem zadowolić swoją Mamę. Nie musiała się denerwować mną. Zachowywałem się dobrze, nie było ze mną problemów.
Po jakimś czasie - w 1999 roku - Mama wyszła ze szpitala. Choroba się unormowała. Razem z siostrą i Mamą pojechaliśmy zwiedzić Licheń i Częstochowę - 2 sanktuaria Maryjne w Polsce. Mama prosiła zapewne o zdrowie. Rok 1999 minął w spokoju, na gwiazdkę rodzice kupili mnie i siostrze komputer. Sprzęt, który jak się później okaże "zastąpi" Mamę.
Rozpoczął się rok 2000. Mama była słaba, choroba starała się powracać. Na początku roku wywieszając pranie zapytała się mnie: "Adaś, ciekawe co przyniesie nam ten rok 2000". To zdanie na trwałe utkwiło w mojej pamięci. Ja w roku szkolnym 1999/2000 rozpocząłem naukę w Gimnazjum, w 1 klasie. Na koniec roku szkolnego uzyskałem świadectwo z czerwonym paskiem, mając średnią 5,0. Mama była zadowolona, jednak choroba powracała i to w szybkim czasie. Były okresy, że raz w miesiącu spędzała kilka dni w szpitalu. Rak niestety zaczął atakować. Mama z dnia na dzień była coraz słabsza. Widać było, że gaśnie z godziny na godzinę. Pod koniec sierpnia pogotowie zabrało Ją do szpitala. Dostawała leki, ale one tylko uśmierzały ból, przedłużały Jej życie. To, że od nas odejdzie było wiadome. Nie był znany jedynie dzień ani godzina.
Nadszedł dzień 17 września 2000. Przyszedłem po szkole odwiedzić Mamę. Porozmawialiśmy kilka minut, po czym musiałem iść na obiad. Na odchodnym Mama poprosiła mnie abym zawołał pielęgniarkę, by ona podała Jej tlen. Była to jak sie okazało nasza ostatnia rozmowa na tym świecie.
W dniu 18 września jak co dzień przyszedłem do Mamy w odwiedziny po szkole. Zobaczyłem, że coś nie tak, Mama prawie nie oddychała. Wyszedłem, nie chcąc zapamiętać tego widoku. Śmierć krążyła, czekając na odpowiedni moment. I nadeszła chwila 18 września 2000 roku, godzina 18:25. Mama odeszła. Dla mnie był to ogromny cios. Nie wiedziałem, dlaczego ktoś szykuje mi taki los. Nie wiedziałem co robić. Byłem potwornie załamany. Różne myśli przychodziły mi do głowy - włącznie z samobójczymi. Ja 14-letni chłopiec musiałem żyć inaczej niż moi rówieśnicy. Dla mnie dzieciństwo się skończyło 18 września 2000 roku, o godzinie 18:25. Od tej pory miałem wiele pytań do Boga - dlaczego zabrał mi Mamę, osobę, która była dla mnie wszystkim. Do Niej mogłem się wyżalić ze swoich problemów, poradzić się Jej. Ale, że byłem i jestem człowiekiem głęboko wierzącym - nie porzuciłem wiary, choć diabeł wiele razy mi tak podpowiadał.
Nadszedł dzień 21 września 2000. Dzień pogrzebu. Była ustawiona trumna w Kościele, ale podszedłem do niej jedynie na chwilkę. Bałem się, byłem kompletnie załamany. Ostatnia droga za drogą Matki, to jest najgorsze co może się przydarzyć małemu 14-latkowi. Na pogrzebie pamiętam jak jeden z byłych szkolnych kolegów z podstawówki - Krzysiek złożył wiązankę od swojej klasy na grobie mojej Mamy. W tym momencie pomyślałem sobie - jakich mam dobrych kolegów. Nie chodzą ze mną do klasy (chodzili do równoległej) a pamiętają.
Zaczęło się dla mnie nowe życie. Musiałem praktycznie radzić sobie sam. Z nauką i moim zachowaniem nie było problemów. Ojciec był zadowolony, że miał o 1 kłopot mniej. Gimnazjum przeszedłem całe bez problemu, kończąc każdą klasę uzyskując świadectwa z czerwonym paskiem. W głębi duszy byłem jednak samotny. Brakowało mi kogoś. Ale wiedziałem, że Mama jest obok mnie.
Poszedłem do Liceum. Trafiłem do najlepszej klasy - matematyczno-informatycznej, pomimo że byłem typowym humanistą. Nauka w 1 klasie LO szła ciut gorzej - dojrzewałem. Były pierwsze wagary, ale oceny były dość dobre. W klasie drugiej doszła nauczycielka od matematyki - jedna z najgorszych (tak mi się wydawało), która mnie uczyła. Było to w 2003 roku. Wagarowałem od czasu do czasu, ale niestety nauka szczególnie z matematyki szła mi kiepsko. Miałem jedynkę na koniec czerwca 2004 roku - musiałem zdawać poprawkę w sierpniu. Zły byłem na siebie - sam nawarzyłem piwa, musiałem je wypić. Nie miałem nikogo, kto mnie wsparłby w tamtych chwilach. Brakowało mi bardzo Mamy, która swoją żelazną dłonią przyłożyłaby mi do rozumu. Miałem pretensje do Boga, nie wiedząc dlaczego mnie w tym czasie opuścił. Chodziłem do Kościoła co niedzielę - ale dalej nie rozumiałem dlaczego są ludzie, którzy klną, mają szczęście w życiu. Byłem wtedy na zakręcie. Przygotowywałem się sumiennie do egzaminu. Napisałem część pisemną - byłem załamany. Dostałem 1. Została część ustna - zaliczyłem ją kiepsko. Przed oczekiwaniem wyników skazywałem siebie na porażkę. Powiedziałem sobie, że odbiorę sobie życie w wypadku porażki z egzaminów. Odczytywanie wyników - ZALICZYŁEM! Szczery uśmiech nauczycielki, która chciała mnie "posadzić" był jakbym trafił 6 w Totka. Dostałem nowe życie. Moja Mama czuwała!!!
Rok 2004/05. Rok szczególny - zdawałem maturę. W głębi duszy prosiłem Mamę i Boga aby wysłuchali moich modlitw o zdanie matury. Doświadczenia z matematyką i zawalonymi wakacjami dały mi dużo do myślenia - Bóg wskazał mi drogę, którą mam podążać. W lutym 2005 roku byłem na Pielgrzymce Maturzystów na Jasnej Górze, szczerze prosząc Boga o łaski.
Nadeszła matura - egzaminy zaliczone!!! Ja, chłopak 19-letni od 5 lat nie mający jednego rodzica miałem już wykształcenie pełne średnie. Duża w tym zasługa mojej Mamy i Boga, że w Niego nie przestałem wierzyć.
W tym samym roku zacząłem dwuletnie studium o kierunku "Technik Administracji". Życie kręciło się swoim tempem. Znalazłem pracę, kontynuowałem naukę. W marcu 2006 roku złamałem rękę. Po doświadczeniach przeżytych już w moim, wówczas krótkim, bo 20-letnim życiu wiedziałem, że to nie przypadek. Bóg chciał mnie czegoś nauczyć i nauczył. Abyśmy się cieszyli każdą drobną rzeczą. W tym roku miałem egzaminy zawodowe. W duchu modlitwy łączyłem się ze swoją Mamą i Bogiem prosząc Ich o wsparcie dla mnie. 30 sierpnia odebrałem telefon od kuzynki z informacją, że ZDAŁEM egzaminy. Cieszyłem się jak dziecko. Wiedziałem, że moje życie nabiera powoli pełni kolorów.
Dziś mam 21 lat, uczę się nadal. Cieszę się życiem i każdym drobnym szczegółem. Cały czas pamiętam o Mamie - raz na tydzień staram się być na cmentarzu zapalić Jej znicz. Wierzę w Boga. Wiara mnie uchroniła przed złem. I ten artykuł piszę dla Was, abyście wiedzieli, że nawet w najtrudniejszych chwilach nie należy się poddawać. Mnie życie dało porządnego kopa.
W razie czego zostawiam dane do kontaktu - jeżeli będziecie chcieli ze mną podzielić się czymś piszcie śmiało.
Nr Gadu Gadu 4009354.
E - mail: frank_ronald@o2.pl
| Treść: | Zgłoś: |
malenkaaa (2009-05-05 08:29:17): Ojj to smutne łezka w oku się pojawiła ponieważ ja jeszcze czegoś takiego w zyciu nie przeżyłam i nie należe do tych najpilniejszych uczennic. Olewam sobie rożne rzeczy jestem niezbyt przykładem do naśladowania ale jednak jestem bardzo szczęśliwa myśle że kiedyś to się na mnie odbije ;((. Pozdrawiam cieplutko | |
Silva (2009-05-05 14:39:21): Franek__, piękne świadectwo :)
Gratuluję ci wytrwałości, że nie porzuciłeś wiary, chociaż przeżyłeś bardzo trudne rzeczy. Dobrze że są tacy ludzie jak ty... i twoja Mama :) | |
madam (2009-05-06 16:56:16): powiem szczerze zakręciły mi się łzy. Chciałabym mieć tyle siły i wiary. Życzę powodzenia w życiu. I trzymaj tak dalej :) | |
Milcia (2009-05-07 22:35:06): Podziwiam Ciebie, tak trzymać! Oby więcej takich ludzi było! :))) | |
Olkaa (2009-05-11 11:04:44): Eh.. to sekret? Czy historia x:) | |
Femme fatale (2009-05-13 12:43:29): A ja tez chce miec ta ambicje co Ty. | |
malaa013 (2009-05-21 15:25:49): Gdy to czytałam łza kręciła mi się w oku... Gratuluje Ci , że się nie poddałeś , lecz poradziłeś sobie z tym i wierzyłeś , że Ci się uda. ;) Pozdrawiam serdecznie ; ** | |
JOOLKA (2009-05-26 01:11:02): historia wzruszająca tylko jeden drobny szczegół masz 23 czy 21 lat? pozdrawiam. | |
Franek__ (2009-06-03 21:53:21): Joolka, w chwili pisania tego tekstu (2007r) miałem 21 lat, obecnie 23. Niestety wkradł się czeski błąd - zapomniałem zmienić. | |
oceanna (2009-07-30 18:48:45): wzruszająca historia ::(
Gratuluję ci samozaparcia! | |