Treść historii:
17 lipca 2007r. to był szczególny dzień. Jeden z tych, które na zawsze zapadają
w pamięć. Słońce powoli wznosiło się nad sennym Ułan Bator, a ja z Mateuszem, moim przyjacielem, przygotowywaliśmy się do ostatniego dnia naszej mongolskiej wyprawy.
Po dwóch tygodniach spędzonych w stepie plan był następujący: dzisiaj dajemy sobie odrobinę wytchnienia. Spróbujemy znaleźć Black Market, o którym krążą pogłoski
,że można tam dostać pamiątki z wojny Japońsko- Mongolskiej, później wrócimy, zjemy coś, spakujemy się i pojedziemy na dworzec. O 18:00 mamy pociąg do Moskwy.
Po skromnym śniadaniu poszliśmy w kierunku centrum. Upał stawał się nie do zniesienia. Nawet po tylu dniach przebywania na słońcu moje ciało nie było w stanie się przyzwyczaić. W dzień temperatura sięgała 40 stopni w cieniu. W nocy, gdy trzeba było spać w namiocie spadała do 0 stopni. W ciągu dnia wilgotność powietrza nie przekraczała 25%. Przyspieszyliśmy kroku, po drodze mijaliśmy bloki, domy a w końcu jurty i baraki z dykty świadczące o tym, że znajdujemy się w slumsach. Nie sposób było się tu zorientować. Każdy dom, jeśli w ogóle można to nazwać domem wyglądał tak samo. Z daleka miałem wrażenie,że przede mną roztacza się morze drewnianych chatek, z których każda przypominała sześcian i miała wysokość około 2m. Nie ma w nich prądu, bieżącej wody i kanalizacji. Życie tutaj toczy się swoim rytmem.
Mateusz otrząsnął mnie z zadumy. Musimy przecież znaleźć bazar. Przeszliśmy jeszcze kawałek, rozglądając się w około. Nagle przed nami, niczym spod ziemi wyrósł sklep spożywczy. Na werandzie stało kilka osób. Zapytaliśmy o drogę, ale nikt nie mówił lub nie chciał mówić po angielsku. Po rosyjsku też nie sposób było się porozumieć. Kręciliśmy się w kółko gubiąc bez przerwy w krętych, piaszczystych alejkach biegnących pomiędzy barakami. Na rogu spotkałem dziewczynę. Ładna, miła, mówiąca płynną angielszczyzną. Na dźwięk słów Black Market, pobladła, powiedziała, że nie rozumie, o co nam chodzi i oddaliła się szybkim krokiem. Wymieniliśmy z Mateuszem porozumiewawcze spojrzenia. Wiedzieliśmy
,że jesteśmy blisko, ale nie mieliśmy już czasu. Później dowiedziałem się, że brakło nam 200m. Brudni i zmęczeni wróciliśmy do hostelu. Spojrzałem na zegarek, dwie godziny do odjazdu. Porcja baraniny, łyk kumysu i zabrałem się za pakowanie. Na dnie plecaka umieściłem szczelnie owinięty w ręcznik, rytualny nóż buddyjski. Najcenniejszą pamiątkę z wyprawy, kupiony w Harorum, dawnej stolicy Czyngis Chana. Mateusz kupił sobie oryginalną oficerską katanę z 1935r. Niestety ze względu na rozmiar nie mógł jej schować w plecaku. Spakowani wyszliśmy na ulicę. W Mongolii nie ma taksówek. Każdy, kto ma samochód, może Cię podwieźć za określoną stawkę. Nas na dworzec zabrał żołnierz, który w czasach ZSRR ukończył szkołę oficerską na Ukrainie. Kiedy usłyszał, że my z Polszy nie wziął ani grosza tzn. ani Tugrika.
Na peron dotarliśmy w momencie wjazdu pociągu. Monumentalny 500m skład z białą tabliczką Pekin- Ułan Bator- Moskwa. na każdym wagonie, robił ogromne wrażenie.
Zajęliśmy miejsca w czteroosobowym przedziale. Pomyślałem, że przed nami 4 godziny podziwiania widoków i spokojnej jazdy do granicy. Nic bardziej mylnego. Gdy tylko pociąg ruszył, naszych współpasażerów ogarnął istny amok. Buriat (mieszkaniec Mandżurii) przemycał 30 kg baranich skór, które ze wszelką cenę chciał upchnąć pod podłogą oraz w panelach na suficie. Białorusinka mieszkająca niedaleko polskiej granicy wiozła kilkadziesiąt butelek wódki i na siłę chowała kontrabandę w naszych plecakach. Oprócz tego gorzała wystawała zza kaloryfera, łóżek i wentylatora. Na koniec przyszedł prodownik, po naszemu konduktor, który jak zobaczył naszą wesoła kompanie, kazał sobie przechować kolejnych 10 butelek spirytu. Cały wagon stanowiła mieszanka przemytników, a także zagranicznych turystów, którzy w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi i dwóch Polaków, którzy chcąc nie chcąc zostali wciągnięci do tego interesu.
Wreszcie dojechaliśmy do Nauszek, przejścia na granicy Rosyjsko-Mongolskiej. Najpierw kontrola Mongolska. Przemyt w ogóle ich nie interesuje, sprawdzają tylko paszporty. Zbierają je od wszystkich podróżnych, a po godzinie oddają. Celniczka zwracając mi paszport z przemiłym uśmiechem podziękowała za pobyt w Mongolii i powiedziała, że nie mam wizy wjazdowej do Rosji. Później okazało się, że na skutek zmiany przepisów dla Polaków otrzymałem nowy wzór wizy jednokrotnej, która umożliwia powrót, ale kto o tym wiedział w Nauszkach. Pociąg przejechał kilkaset metrów i zatrzymał się przy granicy rosyjskiej, a tu już nie było tak miło. Rozpoczęła się sześciogodzinna kontrola. Starym zwyczajem zebrano paszporty, a po dwóch godzinach przyszedł po mnie celnik. Pomyślałem, że jeśli będę używał angielskiego to jest duża szansa, że Rosjanie nie będę mnie rozumieć
i jakoś się wymigam. Niestety trafiłem na młodego towarzysza, który znał ten imperialistyczny język lepiej ode mnie. Wyszliśmy na zewnątrz.. Nawet nie wiedziałem, kiedy zapadła noc. Celnik prowadził mnie do strażnicy długim peronem wzdłuż, którego co dwadzieścia metrów stał żołnierz z bronią i psem. Wewnątrz siedziało jeszcze trzech żołnierzy. Zaczęli mnie przesłuchiwać, najpierw po angielsku. Celnik tłumaczył kompanom moje słowa. Pytali, co tu robię, skąd i dokąd jadę, kim jestem, czym się zajmuję, dlaczego nie mam wizy itp. Stanęło na tym, że skoro nie mam ważnych dokumentów to musze wracać do Ułan Bator po nowe wizy, mongolską i rosyjską. Oczywiście pociąg jedzie dalej a Mateusz nie może wysiąść ze mną. Tracę bilet i zostaje sam w stepie. Taka wizja mnie przeraziła wiec zacząłem rozmawiać po rosyjsku. Towarzysze bardzo się zdziwili, że ja wsjo panimaju, ale rozmowa zaczęła przybierać bardziej korzystny obrót. Wynegocjowałem, że mój przyjaciel wysiądzie ze mną i razem wrócimy do Ułan Bator. Wyrok zapadł. Zrezygnowany wróciłem do wagonu. Przedział wyglądał jak pobojowisko. Okazało się ze w międzyczasie wpadli do środka rosyjscy żołnierzy i zaczęli wszystko przeszukiwać. Znaleźli skóry, wódkę, katanę Mateusza, ocalał jedynie mój nóż. Zebrałem swoje rzeczy i czekałem aż każą nam wychodzić. Wtedy przyszedł celnik z moim paszportem. Jedziesz dalej… tylko tyle usłyszałem. Reszta nie miała znaczenia. Uratował mnie bilet Moskwa- Warszawa, który kupiłem jeszcze przed wjazdem do Mongolii. To był dla nich dowód, że wracam do Polski i nie chce szpiegować Matuszki Rasiji. Zostałem ułaskawiony.
Kiedy pociąg ruszył w kierunku Bajkału, Buriat nalał mi szklankę wódki, dalej już nie pamiętam. Ocalało też kilka flaszek Prodownika, wiec następne cztery i pól dnia Francuzi, Niemcy i Anglicy mrozili nas wzrokiem, kiedy defilowaliśmy z garnkami pełnymi jedzenia po cały pociągu, podczas gdy oni słono płacili za malutkie porcje w wagonie restauracyjnym.
Wyświetleń: 328