Treść historii:
Mam kolegę, który strasznie lubi jazdę na motocyklach. Nigdy za bardzo nie rajcowały go samochody, ani klasyczne motocykle. Uderzył mocno w ścigacze. Zaczynał jeszcze za starych lat, kiedy w modzie były mzetki, cski i inne demoludowe moto. Potem zaczął realizować swoje marzenia o japończykach. 2 sezony temu zakupił Yamahę R1. Ci, którzy są ogarnięci w temacie wiedzą, że to litrowy motocykl o wielkiej mocy i jeszcze większych osiągach. Łatwo sobie zrobić na nim krzywdę, ale on miał tyle doświadczenia, że bez problemu ją okiełznał. Jednak zdarzył mu się wypadek. Ćwiczył winkle na mieście i kiedy był ostro złożony w zakręcie z naprzeciwka wyjechał samochód i ściął zakręt. Gdyby natychmiast nie odbił to byłaby miazga. Ale to wystarczyło, żeby utracił panowanie nad motocyklem. Przypieprzył w krawężnik, wywaliło go na pas zieleni gdzie nogą walnął o latarnię. Przyjechała karetka, zabrała go do szpitala. Niestety miał zmiażdżony piszczel i kolano. Nie udało się uratować nogi. Został mu tylko cały kawałek uda, od kolana w dół ucięli. Gość się trochę podłamał. Zresztą nie dziwię mu się. Stracić nogę w takim wypadku to coś strasznego. Tylko, że niestety mój kolega nie wyciągnął z tego przeżycia żadnej lekcji. W tym sezonie zamontowali mu jakąś dobrą, niemiecką protezę. Jak zakłada długie spodnie to wygląda normalnie, a porusza się tak jak każdy inny człowiek. Oczywiście jak tylko poczuł się lepiej, to za pieniądze z odszkodowania + swoją całkiem niezłą pensję kupił sobie GSXR'a. Jako, że ucięli mu kawałek prawej nogi, która nie jest potrzebna tak bardzo przy jeździe, to śmiga dalej w najlepsze i niczym się nie przejmuje. Znajomi, nawet jego zapaleni kumple od motocykli, próbują mu trochę przemówić do rozsądku, ale on nie chce z tym skończyć. Wszyscy poza nim się martwią, łącznie ze mną, jego rodzicami i dziewczyną, która jest strzępkiem nerwów.
Wyświetleń: 370