Szamańska podróż do wnętrza Ziemi


Treść historii:
31 grudnia 2007 - około 2:00 w nocy.

Za namową pierwszego rozdziału książki Machaela Harnera "Droga Szamana", postanowiłem odbyć swoją pierwszą szamańską podróż. Temat nie był dla mnie całkiem nowy. Już wcześniej doświadczałem podróży po innych wymiarach, czy to pod postacią salvii, głębokiej medytacji, oobe, czy hipnoz regresyjnych. Tym razem przy rozpalonych świecach i relaksujących buddyjskich mantrach położyłem się na swojej karimacie. Wszedłem w lekki trans, odprężyłem się i byłem gotów do drogi. Głośniki zaczęły wydawać jednostajny, powolny rytm bębnów szamańskich (bardzo transowych). Kilka minut na upajanie się i pogłębianie transu. Byłem gotów. Podróż miała dotyczyć zejścia pod ziemię i przeniesiania się w jakiś inne jej miejsce. Wyobraziłem się (zupełnie spontanicznie) małe kretowisko, które często widywałem u cioci na działce, jak jeszcze byłem dzieckiem. Przez kilka chwil przyglądałem mu się, po czym odrzuciłem palcem odrobinki ziemi blokującej dostęp do wnętrza. Przez dziurę w krecim kopcu wszedłem do środka. Zacząłem się przemieszczać w głąb. Mimo, że tunel był niezwykle wąski i kręty, moja eteryczna forma świetnie radziła sobie z przeciskaniem się przez jego szczeliny, zakamarki, tudzież różne wystające pędy roślin, korzenie czy kamienie. Przedzierałem się przez ten nieskończony labirynt. W pewnej chwili wszystko ustąpiło, straciłem na chwilę świadomość, nicość, pustka, spokojna czerń. Ponownie odzyskałem ją w ciemnym lesie. Była noc, dookoła mnie wysokie choinki (nie znam gatunku) i inne wysokie drzewa o grubych pniach. W oddali na skale ujadał wilk. Rozejrzałem się po okolicy. Było przenikliwie ciemno, granatowo. Podniosłem głowę. Gwiazdy na niebie i bardzo jasno świecący, okrągły księżyć przykuły moją uwagę. Spojrzałem przed siebie i za kilkoma choinkami z krzaczkami zobaczyłem ognisko. Przy nim tańczyli indianie. Postanowiłem do nich podejść. Nie obawiałem się. Wyłoniłem się z zarośli i zbliżyłem do ogniska. Wszyscy spojrzeli w moją stronę. Podszedł do mnie starszy, siwy indianin (najprawdopodobniej ichniejszy szaman). Złapał za rękę, pokazał na mój tatuaż i zaczął coś mówić do zgromadzonych, a nastepnie pokazywać palcami po gwiazdach. Zostałem podprowadzony do ogniska i rozpoczął się wspólny taniec. W tle grały bębny. Po chwili cofnąłem się, odszedłem w zarośla i wróciłem tą samą droga, którą tam przyszedłem do swojego pokoju.

Wyświetleń: 280





Odpowiedzi


W celu dodania odpowiedzi musisz być zalogowany.

Treść:Pomógł:Zgłoś:
 


Śmiech jest dla duszy tym samym, czym tlen dla płuc. Luis de Funes








podobnie.pl © 2012 - wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, wykorzystywanie i rozpowszechnianie ZABRONIONE.
wykonanie: golianek.pl