Treść historii:
To był jeden z tych dni, kiedy człowiek nie ma bladego pojęcia co ze sobą zrobić. Zazwyczaj z przyzwyczajenia ląduje w najbliższej knajpie. Tak było i tym razem. W najciemniejszym kącie lokalu, cieszącego się wątpliwą renomą, siedział Kleiver. Pochylony nad kuflem piwa Tyskie, dopalał Lucky Strike’a. Dym unosił się wszędzie. Nie tylko przy jego stoliku, ale i w całym pomieszczeniu. Jak przez mgłę, dostrzegł zbliżającą się kelnerkę. Znał ją dobrze, w końcu bywał tu prawie codziennie.
- Podać coś jeszcze złotko?
- Tyskie… tylko nie takie siki jak ostatnim razem. – odparł Kleiver.
- Już ja się o to zatroszczę skarbie. – powiedziała Vanessa i oddaliła się w stronę kolejnego stolika.
- Niezła jest – pomyślał – kiedyś ją przelecę – dodał bez zażenowania.
Odwrócił głowę w prawo i popatrzył przez chwilę na dziewczynę tańczącą na rurce. Znał ją, na imię miała Angelika, niezła sztuka, lubiła poświntuszyć. Przy barze siedział Edi. Jak dało się zauważyć, nieźle zaprawiony. Pewnie znowu zalewał kolejną utratę roboty. Kawałek dalej, przy jednym ze stolików Malcolm flirtował ze swoją kolejną ofiarą. Biedaczka, nie przypuszczała, że rano ją porzuci i nigdy się nie odezwie. Kleiver próbował skupić myśli. W końcu przyszedł tutaj z jasno wytyczonym celem, którym z pewnością nie było ostre zaprawienie się piwem, wyrwanie kolejnej dupy i obudzenie się rano z olbrzymim kacem i pytaniem na ustach „co ja kurwa znowu zrobiłem?”. O nie, nie tym razem. Dzisiaj plan był inny. Co jak co, ale mało kto wiedział, że Kleiver jest prywatnym detektywem. Zazwyczaj zajmował się błahymi sprawami. Śledzenie niewiernych mężów, odnalezienie kota jakiejś przygłupie staruszki, która chyba zapomniała, że whiskass to karma tylko dla kotów… to jego chleb powszedni. Jednak tym razem sprawa wyglądała na grubszą. Jakaś sfrustrowana idiotka, której bachor przedawkował here wpadła do biura z pianą na ustach i zażądała śledzenia lokalnego dealera. Wszyscy go znali, cholera nawet ja znałem Alana. Normalnie nigdy bym się nie podjął tej sprawy, ale ta wariatka płaciła 5.000 dolarów za samo zainteresowanie i kolejne 20.000 zielonych za wykonanie roboty. Jak mogłem odmówić? Potrzebowałem tej kasy. W dodatku wszystko co miałem zrobić to wykonać kilka zdjęć i oddać je zainteresowanej. Powiedziała, że ma znajomości w wydziale narkotyków, że ze zdjęciami załatwi tego dupka…
Alan siedział przy stoliku z dwiema młodymi panienkami. Na moje oko były kurwami, jak zresztą większość tutaj. Jak na dealera chłopak miał jedną zaletę – nigdy nie ćpał. Wielu jemu podobnych skończyło w końcu zaćpanych na swojej melinie, albo zakatowanych przez konkurencje. Nie Alan… ten tutaj miał łeb na karku. Ciężko było go podejść. Z pewnością już wiedział, że matka tego gówniarza wynajęła kogoś. Cholera, to tylko sprawiało, że moja robota będzie trudniejsza. Kontemplacje przerwała Vanessa:
- Twoje piwo złociutki. Mogę zrobić coś jeszcze?
Cholera, leciała na mnie. Gdybym tylko był tu w innych okolicznościach... mogłoby się wspaniale skończyć. Teraz, wszystko co mogłem jej odpowiedzieć to:
- Spierdalaj! – może trochę zbyt brutalnie, ale nie pozwalała mi się skupić. Poza tym, czy laski takie jak ona nie uwielbiają zimnych łotrów?
Uśmiechnęła się ponętnie i odeszła wykręcając swoim okrąglutkim tyłeczkiem. Zdecydowanie miała na mnie ochotę. Rozmarzony zerknąłem w stronę stolika, przy którym powinien znajdować się Alan. Kurwa, gdzie on jest? Szybko rozejrzałem się po całym pomieszczeniu. Jest, skurczybyk, wykorzystał moment mojej nieuwagi, ale skąd wiedział? Wyjście! Wstałem, położyłem 10 baksów na stoliku i nie dopijając piwa spokojnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi. Na dworze było ciemno. Księżyc i gwizdy zostały całkowicie przysłonięte przez chmury. Pewnie będzie padało – pomyślałem. Alan stał 15 metrów ode mnie, na rogu ulicy. Rozmawiał przez komórkę. Poprawiłem kołnierz mojego płaszcza. Wyjąłem paczkę Lucky Strike’ów i zapaliłem jednego. Zaciągnąłem się dymem, ach… uwielbiam ten smak. Cały czas obserwowałem dealera. Skończył rozmawiać. Żwawym krokiem ruszył wzdłuż ulicy. Odczekałem chwilę i poszedłem za nim. Wolałem zachować odpowiedni dystans, nie chciałem ryzykować.
Zaczął padać deszcz. Pospiesznie zgasiłem fajka. Padało coraz mocniej. Zaczynałem tracić widoczność. Cholera jasna, gdzie on się podział? Może skręcił w lewo? Nagle zobaczyłem dwa jasne światła. Zbliżały się. Do krawężnika ulicy podjechał samochód. Wysiadło z niego trzech facetów w płaszczach. Wszyscy mieli kapelusze na głowach. Wiedziałem, że przybyli po mnie. Nie miałem po co uciekać. Pierwszy z nich podbiegając do mnie wyciągnął policyjną pałkę. Dostałem po ryju, a potem w potylice. Ostatnie co pamiętam to mokry od wody chodnik…
Obudziłem się, a raczej odzyskałem przytomność. Ostre światło raziło mnie w oczy. Łeb napierdalał niemiłosiernie. Kurwa gdzie ja jestem? Co tu się dzieje do cholery? W pomieszczeniu, w którym się znajdowałem, było trzech gości, którzy mnie pochwycili na ulicy. Alan, moja ofiara, oraz… Kate, matka chłopca który przedawkował. Co tu się do diabła dzieje? Co ona tu robi? Zauważyli, że znowu jestem świadomy. Podszedł do mnie jeden z tych byków i przywalił mi kastetem po mordzie. Nic nie poczułem. Wszystko mnie bolało, musieli mnie nieźle stłuc kiedy byłem nieprzytomny.
- Wystarczy! – Krzyknął Alan i zbliżył się do mnie.
- Śledziłeś mnie złamasie. Myślałeś, że uda ci się mnie wydymać! – Przywalił mi. – Widzisz Kate? To ona cię wynajęła. I nie myśl sobie, że w takim celu jaki ci zleciła. Potrzebowaliśmy frajera, kozła ofiarnego. Jak wiesz jej syn Kilian przedawkował heroine. Jebany ćpun, gdyby zażywał tak jak mu poleciłem wszystko było by w porządku. Ale nie, musiał zaszaleć, kretyn jeden. Na domiar złego Kilian był siostrzeńcem Wielkiego Don Rocco. Wiesz jak ten grubas się wkurwił kiedy dowiedział się co się stało? Chciał zajebać wszystkich dealerów w mieście, a zgadnij od kogo by zaczął? Na szczęście Kate wymyśliła plan. Potrzebowaliśmy kogoś, z kogo zrobimy lokalnego dealera pod moją komendą. Zwalimy na niego całą winę za przedawkowanie małego. Powiemy Don Rocco, że to on sprzedał dzieciakowi heroine. Tak się składa, że idealnie pasujesz do tej roli. – Znowu mi przywalił, dupek jeden. – Za parę minut przyjedzie tu. Możesz się przygotować na najgorsze. Chyba wiesz, że Wielki Don Rocco utrzyma cię przy życiu przynajmniej przez 3 dni? Ach, to będzie powolna i bardzo… bardzo bolesna śmierć.
Podszedł do Kate i pocałował ją namiętnie. Musiał jakoś uczcić swój triumf nade mną. Fagas złamany, więc jednak miał z nią romans. Gdyby tylko Rocco się o tym dowiedział. Urwałby skurczybykowi jaja. Z rozmyślań wyrwało mnie dwóch pakerów, którzy właśnie do mnie podeszli. Bez skrępowania zaczęli mnie okładać pięściami. Czułem, że krew się we mnie gotuje. Zupełnie nie czułem twarzy. Kilka żeber miałem z całą pewnością połamanych. Nie wiem ile bym jeszcze wytrzymał, być może wyzionąłbym ducha na tym pieprzonym krześle, w tym pieprzonym pokoju w jakiejś pieprzonej melinie gdyby nie fakt, że ktoś bez ogródek wyważył drzwi i do pokoju weszło pięciu goryli Don Rocco i on sam… sam Wielki Don Rocco we własnej osobie. Najbardziej wpływowy gangster w mieście. Kapelusz, czarny skórzany płaszcz, eleganckie buty od Ginno Rossi. Brakowało mu tylko czarnych, przeciwsłonecznych okularów. Chłopaki rozstawili się we wszystkich kątach. Jeden z nich stanął za moim krzesłem. Szef gangsterów, nie zwracając na mnie uwagi, podszedł do Alana i szeptem zamienił z nim kilka zdań. Rzucił jeszcze okiem na Kate, która zachowywała odpowiedni dystans od dealera. Wtedy spojrzał na mnie. Jego oczy nie wyrażały niczego, a mimo to, udało mi się dostrzec subtelne mrugnięcie. Naszą drobną nić porozumienia. W tym samym momencie poczułem, jak mafiozo stojący za mną przecina więzy na moich nadgarstkach. Wcisnął mi w dłoń pistolet. Nadszedł odpowiedni moment. W chwili, w której się podnosiłem chłopaki Don Rocco wyciągnęli swoje gnaty i wymierzyli w ludzi Alana. Wyciągnąłem pistolet, wycelowałem w dealera i w jednym ułamku sekundy usłyszałem cztery jednoczesne strzały. Na chwilę przed śmiercią Alan miał pełen zdziwienia wzrok. Konsternacja zawładnęła nim całkowicie… szkoda, że nigdy nie dowie się prawdy. Kate stała w rogu zasłaniając oczy swoimi dłońmi. Płakała, nie miała pojęcia co się stało, przecież to ja miałem zginąć. Co poszło nie tak? Podszedł do mnie Don Rocco. Nie mówił zbyt wiele. Kazał mi się jedynie nachylić, zdjąć prawy but i wyjąć z niego pluskwę, którą dzień wcześniej od niego otrzymałem. Położył dłoń na moim ramieniu i powiedzia:
- Dobrze się spisałeś Kleiver. Zgodnie z umową pieniądze zostawiliśmy w twoim biurze. Na odchodnym wyjął zza płaszcza czarną różę i rzucił ją na zwłoki Alana. Jego znak, znak Wielkiego Don Rocco. Teraz wszyscy będą wiedzieli, że nie warto go oszukiwać. Najbardziej wpływowy gangster w mieście ma swoje metody na dojście do prawdy.
Zszedłem na dół. Pomimo bólu udało mi się pokonać wszystkie schody. Otworzyłem drzwi na zewnątrz. Przejaśniło się. Na niebie pojawił się księżyc i gwiazdy. Bez chwili namysłu wyjąłem Lucky Strike i zapaliłem jednego. Ta-ak… to było to. Uwielbiałem ten smak…
Wyświetleń: 167