Ostatnia Przystań, część I


Treść historii:
Obudziłem się. Pierwszy raz, od 180 lat, międzyplanetarnych, dalekosiężnych lotów, obudziłem się z hibernacji, przed dokowaniem na orbicie docelowej planety. Nazywam się Eryk Craig, urodziłem się na Ziemi w roku 2076, tuż przed erą podboju, przez nasz gatunek, całego znanego nam kosmosu. W roku 2101 ukończyłem kurs pilotażu i zostałem pilotem statków, transportujących ludzi i sprzęt, do odległych o lata świetlne kolonii. W chwili obecnej mam 41 lat. Hibernacja pozwoliła mojemu ciału, oszukać czas. Niestety, moja rodzina, przyjaciele i świat, w którym się wychowałem nie mieli tyle szczęścia. Zostałem sam. Utraciłem nadzieję. 180 lata temu, nie miałem pojęcia, iż moja kariera oznacza kroczenie przez życie w całkowitej samotności. Szanse na normalne życie na Ziemi, na założenie rodziny, zniknęły w chwili, kiedy po raz pierwszy wsiadłem na statek. Miałem kiedyś żonę, nazywała się Judith. Boże, była wspaniała. Jakże trudno, było mi na nią spojrzeć, po trwającym 30 lat locie, kiedy moje ciało, postarzało się o 3 lata, a ona, mogła kandydować na miejsce mojej matki. Po powrocie z kolejnej wyprawy, jedynym miejscem, do którego mogłem się udać, by ją zobaczyć, był cmentarz. Nigdy nie mieliśmy dzieci, nie mogłem sobie na to pozwolić. Wystarczyło, że zraniłem jedną osobę…
Czułem się dziwnie, na tyle dziwnie, by nie wiązać tego uczucia ze skutkami hibernacji. To było coś innego, nie mogłem tylko zrozumieć, co. Instynktownie sprawdziłem wyświetlacz przy mojej komorze. Pokazywał bieżący czas, oraz stan zbiornika. Wszystko wydawało się w porządku. Nie stwierdzono żadnych mechanicznych uszkodzeń, ze mną też nie działo się nic takiego, co mogłoby wymagać natychmiastowego przebudzenia. Czas, 12:56 pm, 2295 roku, 14 lat snu, pozostało jeszcze 16, do czasu przebudzenia związanego ze zbliżaniem się do celu. Dlaczego się przebudziłem? Jako kapitan i główny pilot miałem ten komfort, iż nie musiałem dzielić kajuty z nikim innym. Miałem pod sobą dwóch pilotów pomocniczych, oraz nawigatora. Doliczając kawę to była cała moja załoga, gdyż jako przełożony, kładłem się ostatni i wstawałem pierwszy. Uroki tych cholernych skrzydełek na ramionach. Statek, którym lecieliśmy, należał do tych mniejszych. Ładowność 10.000 Ton, głównie przewoziliśmy pasażerów, przyszłych kolonistów, czasami konwoje więzienne i jak zawsze, wszędzie towarzyszący sprzęt. Tym razem wieźliśmy 50 kolonistów, do odległego o 30 lat świetlnych od Ziemi, układu Delta 0-45H.

Obszedłem statek. Wszystko było w jak największym porządku. Dokładnie tak, jak zostało zostawione 14 lat temu. Pasażerowie spali, tak samo jak moja załoga. Komory hibernacyjne działały bez zarzutu. Starałem się sobie przypomnieć, czy przypadkiem nie ustawiłem w systemie wcześniejszego przebudzenia, na wypadek, gdybym musiał coś zrobić, albo sprawdzić. Nie mogłem sobie jednak niczego przypomnieć. Gwoli ścisłości, sprawdziłem dziennik pokładowy, z nadzieją na znalezienie tam jakiejś wskazówki. Na próżno. To samo z raportem misji. Przeszukiwałem katalogi z danymi, na komputerach pokładowych. Bezskutecznie poszukiwałem informacji o podobnych przypadkach, przebudzenia się przed czasem. Nic jednak nie znajdywałem. Oczywiście, że nie. Gdyby coś takiego się zdarzyło, słyszałbym o tym, cały świat by słyszał. Pismaki, z gazet na Ziemi we wszystkich krajach, zrobiłyby z tego niepodważalny dowód, na wadliwy system hibernacji. Zaczynałem się coraz bardziej denerwować. Czy to możliwe, że moja podświadomość, wyczuwając jakiś sygnał niewiadomego pochodzenia, wpłynęła na funkcjonowanie ciała i zmusiła je do przebudzenia? Kompletnie straciłem głowę. Wiedziałem, że to, co chcę zrobić, jest całkowicie wbrew procedurom lotów dalekosiężnych, ale nie miałem wyboru. Musiałem obudzić Daniela, mojego młodszego pilota. Młodszego, nie tylko stażem, ale i wiekiem. Z tego, co wiem, był to jego drugi lot. W tym biznesie, można by go porównać do świeżo upieczonego młokosa po akademii. Mimo wieku, chłopak był wyjątkowo rozgarnięty i rezolutny. Potrafił zachować zimną krew w najtrudniejszych sytuacjach. Wiele razy wykazywał się na szkoleniach, miał szereg zasług, których ja sam, mogłem mu pozazdrościć. Właśnie, dlatego z dostępnych kandydatów, wybrałem jego. Wiedziałem, że będę go potrzebował. I tak właśnie było, potrzebowałem pomocy Daniela. Wraz z resztą załogi, znajdował się w specjalnym pomieszczeniu dla personelu, w przedniej części statku. Idąc tam, zahaczyłem o kuchnię i przygotowałem dwa kubki herbaty, syntetycznej, ale zawsze herbaty. Nic tak nie działa na człowieka po 14 latach znieruchomienia jak kubek gorącej herbaty.

Stanąłem nad komorą Daniela. Od mojej ostatniej wizyty, nic się nie zmieniło. Wyświetlacz pokazywał te same dane, chłopaki byli ułożeni w swoich szklanych słojach dokładnie tak, jak ich zostawiłem. Wybrałem menu z komputera przy pojemniku Daniela. Skróciłem czas hibernacji, nastawiłem natychmiastowe przebudzenie i pozostało mi tylko czekać. Zazwyczaj cała procedura zajmowała 5 minut, przynajmniej herbata nie wystygnie. Po chwili, wieko pokrywy zaczęło się otwierać. Ukazując wychłodzone ciało młodszego pilota. Z chwilą, w której procesy hibernacyjne ustały, jego skóra zaczęła nabierać kolorów. Organizm ogrzewał się. Chłopak za moment się obudzi. Tak też się stało. Po około 4 minutach od otwarcia kabiny, Daniel zaczynał dawać znaki życia. Kiedy wstał, podałem mu ręcznik i kubek z herbatą. Podziękował mi i poszedł wziąć prysznic. Poinformowałem go, iż zaczekam na niego na mostku, tam też wszystko mu wyjaśnię. Wydaje mi się, że z początku, chłopak sądził, iż dolecieliśmy do celu. Dlatego nie zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem go w jego granatowym mundurze pilota, z pełnym uradowania, uśmiechem na twarzy, mówiącym „nareszcie, dolecieliśmy, koniec tej mordęgi”. Jakże się zdziwił, gdy opowiedziałem mu moją sytuację. Z początku, był tak samo skonfundowany jak ja. Jednak im dłużej rozmawialiśmy, im głębiej wnikaliśmy w możliwości, które mogły spowodować moje niezaplanowane przebudzenie, im więcej za i przeciw odrzuciliśmy, coś w jego młodej głowie, zaświtało. Twierdził, że w tej sytuacji, w grę może wchodzić, tylko telepatia. Niechętnie przyjąłem takie stwierdzenie do wiadomości. Niby, kto mógł mi wysłać telepatyczny sygnał do przebudzenia? Nikt, w całej naszej historii, w bezmiarze wszechświata, który zdążyliśmy zbadać, nie natknął się na obce nam istoty rozumne. Owszem, na zasiedlanych przez nas planetach istniała osobliwa fauna i flora. Jednak wszystkie próby nawiązania kontaktu kończyły się fiaskiem. Podjęto, zatem zgodną decyzję, iż istoty rozumne, o ile w ogóle istnieją, to muszą zamieszkiwać odległe krańce wszechświata, których jeszcze długo nie będziemy w stanie zbadać. Daniel sądził również, iż dla pewności, powinniśmy sprawdzić mapy i naszą aktualną pozycję. Rugałem w myśli samego siebie, iż nie zrobiłem tego na początku, zaraz po przebudzeniu. Jeśli wszystko szło zgodnie z planem, powinniśmy utrzymywać kurs na 76, Delta 0-45H, wyznaczony 14 lat temu. Jako piloci obaj znaliśmy się doskonale na mapach, nie potrzebowaliśmy budzić Nokira, nawigatora, aby pomógł nam je odczytać. Wprowadziłem dane do komputera pokładowego, na stole nawigacyjnych, nieopodal mnie, ukazała się mapa wszechświata z trasą wytyczoną dla naszego statku. Całe pasmo różnych układów planetarnych, od Ziemi do Delty. Kiedy podchodziłem do Daniela, wiedziałem, że coś jest nie tak. Wywnioskowałem to z jego miny. Oczy miał szeroko otwarte, usta rozchylone w bezradnym geście całkowitego zdziwienia. Przyspieszyłem kroku, spojrzałem na stół.

- Cholera jasna, co się stało? – zapytałem, jakbym szukając potwierdzenia tego, co zobaczyłem, łudził się, że źle odczytałem mapę.
- Sir, wygląda na to, że zboczyliśmy z kursu. I to dość znacznie. – odpowiedział tak samo jak ja, zdziwiony Daniel.
- Ale jakim cudem? Przecież 14 lat temu wytyczyliśmy dokładną trasę naszego lotu. Wszystko sprawdzaliśmy dziesiątki razy. Nie mogliśmy się pomylić, nigdy się nie mylimy. System sterowania i auto-nawigacji, nie pozwoliłby na to. Gdybyśmy wprowadzili błędne dane, skorygowałby je i wyznaczył odpowiednią trasę…
- Racja, takie sytuacje nie zdarzały się w przeszłości. Przynajmniej nikt ich nie odnotował. Myślę, iż możemy mieć do czynienia z sabotażem, sir.
- Niemożliwe. Osobiście dobierałem załogę. To zaufani ludzi, najlepsi, a koloniści zostali poddani hibernacji, dużo wcześniej niż my. Nikt nie mógł dokonać sabotażu. Poza tym, w jakim celu? – dodałem, już lekko rozdrażniony całą sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy.
- Nie mogę powiedzieć, sir. Wszystko, co wiem to, że jesteśmy oddaleni przynajmniej 19 miliardów kilometrów od naszej trasy. Nadrobienie tego, zajmie nam 3 lata…
- Idź obudzić Nokira i Jamesa. Trzeba będzie sprawdzić naszą dokładną pozycję, ocenić gdzie jest najbliższa ludzka siedziba, wysłać wołanie o pomoc. Ktoś nas usłyszy…
- Sir, możemy być lata świetlne od cywilizacji i…
- Idź obudzić dwójkę pozostałych! – warknąłem autorytatywnie, czułem, że zaczynam tracić kontrolę. – Spotkamy się tutaj za 20 minut.

Cała sytuacja zaczynała się robić coraz bardziej zagmatwana. Byłem całkowicie zdezorientowany, nie miałem pojęcia, dlaczego się przebudziłem i jakim cudem zmieniliśmy wyznaczony kurs. Znaleźliśmy się w jakimś mrocznym, pustym zakątku galaktyki, gdzie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. W dodatku, nie mieliśmy łączności. Jak mam to powiedzieć chłopakom? Przecież bez łączności, jesteśmy zgubieni. Możemy zawsze zawrócić, tylko, jaką mamy gwarancję, że uda nam się znaleźć z powrotem na trasie? Skoro raz zmieniliśmy kurs, możemy to powtarzać w nieskończoność. Do diabła, co się z nami dzieje? Weszli na mostek, wszyscy trzej. Na ich twarzach malowało się zakłopotanie. Co tu dużo ukrywać, wszyscy znaleźliśmy się w sytuacji, której nie chcieliśmy. Po raz pierwszy, w naszej karierze, musimy poradzić sobie z czymś, o czym nie uczyli nas w akademii.

- Jak zapewne wszyscy wiecie – zacząłem, aby rozwiać niepewności, z którymi ciągle mogli próbować walczyć. – zboczyliśmy z kursu. Planowałem spróbować wysłać sygnał z prośbą o pomoc, ale niestety, nadajnik nie działa. Wydaje się, iż utknęliśmy w tym nieznanym zakątku kosmosu. Musimy poznać, naszą dokładną pozycję, sprawdzić, czy w okolicy są jakieś skolonizowane planety. Tylko wtedy, będziemy mogli wytyczyć dalszy plan działania. Nokir, jesteś nawigatorem, dlatego sprawdzisz gdzie dokładnie jesteśmy. James ci pomoże. Daniel, ty pójdziesz ze mną. Zobaczymy, czy da się naprawić przekaźnik.

Rozeszliśmy się, każdy do swoich zadań. Razem z moim zastępcą poszliśmy do pomieszczenia komunikacyjnego. Daniel sprawdził status przekaźnika w komputerze, spróbował wysłać próbną wiadomość, niestety na próżno. Przekaźnik został uszkodzony mechanicznie, z zewnątrz. Najprawdopodobniej w wyniku zderzenie z bardzo małą, ale niezwykle szybko pędzącą asteroidą. W grę wchodziło tylko wyjście na zewnątrz. Co prawda strojów do działań w próżni, nam nie brakowało. Nie, nie w tym był problem. Jak na złość brakowało zapasowych części. Zatem naprawianie anteny mogliśmy sobie darować. Wszystko, co mogliśmy teraz zrobić, to wrócić na mostek, może tamta dwójka coś znalazła. Wychodząc z pomieszczenia wpadliśmy na zasapanego i zdezorientowanego Jamesa.

- Kapitanie, mamy problem, o wiele większy niż nasza obecna pozycja, którą szczęśliwie udało nam się zlokalizować…
- Jaki problem? – spytałem rozwścieczony. Jakbyśmy sami prosili się o dodatkowe.
- Ech, Sir, właściwie to więcej niż jeden. Kończy nam się paliwo…
- Co?!?!?! – niedowierzałem…
- Tak, ech, Sir, chodźmy na mostek, Nokir wszystko wyjaśni.

Idąc za pilotem w średnim wieku, który z pewnością mógł być równie stary, co ja, po głowie krążyła mi tylko jedna myśl „sabotaż”. Teraz już nie miałem wątpliwości. Takie rzeczy nie zdarzają się przypadkiem. Statki przechodzą gruntowną kontrolę, przeglądy, zanim zostaną wypuszczone w przestrzeń. Nie wierzę, żeby chłopaki z technicznego nie zwrócili uwagi na tyle szczegółów. To musiał być sabotażysta… tylko, kim on był?

- Kapitanie! – zaczął z rozpaczą w głosie, Nokir. – Kończy nam się paliwo. Sprawdziliśmy z Jamesem wszystko, co mogło być przyczyną tego nieszczęścia. Porównując naszą obecną pozycję, okres trwania lotu, oraz zużycie paliwa, stwierdziliśmy, iż…
- Iż?
- Iż jesteśmy w układzie LV-985, Sir… lecieliśmy 40 lat, z 30 lat planowanego lotu. Zużyliśmy całe paliwo, również rezerwy. Na tym, co nam zostało, nie osiągniemy żadnego z zamieszkałych systemów. Jesteśmy zgubieni…
- To niemożliwe, przecież zegary przy komorach…
- Pokazywały błędną datę, sir. Ktoś, albo coś musiało je przestawić. Najprawdopodobniej, aby nas zmylić. Zegar pokładowy działa jak powinien, pokazując rok 2321. Musieliśmy zmienić kurs, zaraz po opuszczeniu naszego układu słonecznego.
- Niemożliwe. Jest przecież szansa, na utratę paliwa. W jakiś sposób, zbiornik mógł ulec uszkodzeniu. Podczas lotu, straciliśmy zapasy surowca, a koordynaty z mapy odczytaliście błędnie. To musi być jakaś paskudna pomyłka…
- Sir, z całym szacunkiem, ale kiedy jeden zbiornik ulega uszkodzeniu, automatycznie włącza się system zabezpieczeń, który odcina go od pozostałych. Takie coś, nie wpłynęłoby w żaden sposób na nasz lot…
- Ile? Ile czasu nam zostało? – zapytałem, z desperacją szukając jakiegoś punktu oporu.
- 3 tygodnie, Sir. Potem skończą się ostatnie rezerwy. Pozostanie nam tylko hibernacja i powolne dryfowanie w próżni.
- Proces hibernacji można podtrzymywać przez 300 lat, ktoś powinien nas znaleźć! – wtrącił, tak samo zdesperowany jak ja, Daniel.
- Nie. Jesteśmy w układzie, który nawet nie ma normalnej nazwy. Nikt tutaj nie lata. Na mapach nie ma żadnych planet, które nadawałyby się pod kolonizację. Komputer wyliczył szanse nawiązania kontaktu z inną, ludzką ekipą. Przy obecnej sytuacji, szanse wynoszą 0,005%.
- Mapy. Wspominałeś coś mapach. – zacząłem, uradowany nową nadzieją. – Kto i kiedy je sporządził?
- Jakaś ekipa naukowców z Ziemi. Dokładnie nie wiem. Przypuszczam jednak, iż dość dawno. Zawsze postępują tak samo z odległymi układami, które do niczego się nie nadają.
- Jest szansa, że nasze czujniki wykryją planetę z atmosferą, na której będziemy mogli wylądować? Może coś tam znajdziemy, zawsze jest to jakaś szansa dla nas.
- To może się udać. Świetny pomysł, Sir!
- Dobra chłopaki, wszyscy do komputerów. Przeszukajmy ten układ, nasz los zależy od tego, co tam znajdziemy.

Kolejne 5 godzin, żmudnego ślęczenia przed ekranami komputerów nie przyniosło spodziewanych rezultatów. We czterech, podzieliliśmy układ na względnie równe części, dla każdego po jednej i przeczesywaliśmy kawałek po kawałku. Wprowadzając koordynaty, wytyczając możliwe trasy orbitowania dla planet, widniejących w rejestrach układowych. Nic, wszystko na próżno. Wyglądało na to, iż na obszarze znajdują się tylko gwiazdy, dwa pasy asteroid i około 10 planet, z czego 7 było gazowych. Podobnych do naszego Saturna. Wydawało się, że chłopaki stracili całą nadzieję. Ja jednak, głęboko w sobie, wierzyłem, iż znajdziemy to, czego szukamy. Głównym argumentem „za”, który do mnie przemawiał, była centralnie ulokowana gwiazda, ziemskie Słońce, oświetlająca pozostałe planety. W takich warunkach, minimum na jednej planecie, musiała wytworzyć się zdatna dla nas atmosfera, oraz prowizoryczne życie. To była nasza nadzieja, wszystko, co w tej chwili mieliśmy. Oczywiste było, że nie przetrwamy hibernacji, że nikt nas w tej głuszy nie znajdzie. Jedyne, co mogliśmy zrobić to ratować się ucieczką…

Zasypiałem przed monitorem. Przyniesiona przez Nokira kawa, syntetyczna, jak wszystko na tym cholernym statku, przestawała już na mnie działać. Nagle, usłyszałem pełen uradowania i triumfu głos. Daniel coś znalazł. Wszyscy podbiegliśmy do niego. Cały tryskał podnieceniem, jakby właśnie otrzymał swojego pierwszego cukierka w życiu.

- Co znalazłeś? Co znalazłeś? Mów. – dobiegały głosy z trzech różnych stron. Wszyscy byli tak samo podekscytowani jak i on. Kto wie, może szczęście nam dopisało?
- Znalazłem planetę. Podobną do naszej macierzy. Jest atmosfera, warunki klimatyczne, jak na Florydzie. 46% powierzchni zalane wodą, pozostałe 54% to lądy, porośnięte zielonymi lasami. Nie wykryto oznak obcej cywilizacji. Nie ma również żadnych przypuszczeń, odnośnie kolonizacji tego świata. Wszystko, na co możemy się tam natknąć, to rośliny, lasy, woda, oraz miejscowe zwierzęta.
- Będziemy potrzebowali broni. Mamy coś na składzie? – skierowałem pytanie do Jamesa.
- W magazynie powinno być kilka noży, kombinezonów dla strażników skazańców, oraz broń automatyczna.
- Dobrze, dobrze. Daniel, podaj Nokirowi odległość do celu. Musimy wytyczyć współrzędne i kierunek lotu. Starczy nam paliwa?
- Moment, wprowadzam dane, wyliczam… Tak! Uda nam się. Za tydzień będziemy u celu. Jednak nie możemy wejść w atmosferę i wylądować bezpośrednio na powierzchni planety. Będziemy musieli orbitować transportowcem, a do zejścia użyć wahadłowca.
- Dla mnie brzmi nieźle. – wtrącił ochoczo James. – Pytanie tylko, co zrobimy kolonistami?
- Nie możemy narażać ich na jakiekolwiek ryzyko. – odparłem – Zbadamy nowo odkryty świat i dopiero później zdecydujemy, co z nimi zrobić…

Kolejne dwa tygodnie spędziliśmy na przygotowaniach. Oporządziliśmy wahadłowiec, załadowaliśmy tyle żywności i sprzętu, ile tylko mógł unieść. Broń, kombinezony, prowizoryczne namioty, maszyny, komputery, kompasy. Jednym słowem wszystko, wszystko, co mogło nam się przydać. Kiedy nie mieliśmy już nic do roboty, zabijaliśmy nudę grając w pokera i wspominając dawne, jakże odległe czasy, spędzone na Ziemi…

Wyświetleń: 152





Odpowiedzi


W celu dodania odpowiedzi musisz być zalogowany.

Treść:Pomógł:Zgłoś:
Evil (2009-03-06 21:33:30):
Nie ukrywam, że fabuła wciąga i czekam na następną część :)
trackthor1 (2009-05-01 22:05:31):
zajebiste... :)
 


Stare grzechy mają długie cienie. Agatha Christie








podobnie.pl © 2012 - wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, wykorzystywanie i rozpowszechnianie ZABRONIONE.
wykonanie: golianek.pl